Dzisiaj mija dokładnie pół roku od przeprowadzki do naszego obecnego domu. Przyszłyśmy tu na własnych osobistych nogach. My - banda czterech bab. Dwie kobyły i dwie kobity. 30 kilometrów.
Potrzebowałam przenieść moją arabkę i kucyka z pensjonatu dla koni do naszego nowego domu w Majdanie Skierbieszowskim. Nie było to zbyt daleko, żeby nie zrobić sobie z tego wycieczki. Poprosiłam o pomoc moją przyjaciółkę, która z entuzjazmem reaguje na moje nawet najbardziej stuknięte pomysły (im bardziej stuknięte tym lepiej).
Plan był taki: człowiek na Safirce i kucyk-luzak w łapkę, obok człowiek na rowerze dla asekuracji. Deszcz miał sieknąć dopiero wieczorem. Wyjedziemy z rana, spokojnie zdążymy.
Nic nie poszło zgodnie z planem, heh...
Tak 14 kwietnia rano zjawiłyśmy się z Anetą w Siennicy Nadolnej. Z rowerem. Najpierw popas. Po niecałej godzinie konie stwierdziły, że się najadły, więc wyruszyłyśmy w drogę.
Siennica Nadolna - Rudka - Baraki - Chełmiec - Wólka Kraśniczyńska - Drewniki - Majdan Skierbieszowski - ok. 30 km polnymi drogami, lasem, asfaltem...
Niby blisko, a daleko.
Najpierw niezmordowana Daisy narzuciła szalone tempo. "Co będę spacerować, jak można biec?" Wiadomo było, że szybko jej przejdzie jak po dwóch kilometrach zorientuje się, że nie wracamy do stajni...
"O patrzcie, garść piasku, to ja się położę. Na chwilę. Muszę się wytarzać. Nie, nie, ja wcale nie podżeram trawy, ja się przecież tarzam... Ej, chodźcie tam! W tamtą stronę jest fajniej. Albo nie, położę się..."
Safira z dezaprobatą i wyższością spoglądała na kucyka. Z niecierpliwością. Bo gdy ona już wychodzi w teren to nie po to, by stać albo leżeć. Nawet trawa nie była dla niej tak interesująca jak postęp marszu.
Daisy nie podzielała tego zdania. Po 10 kilometrach pierwszy raz w życiu widziałam swoją kucynkę zmęczoną. Zwiesiła uszka. "To ja już nie będę biegać". Wtedy przez chwilę była grzeczna i szła równym stępikiem. Przez chwilę. Potem jej siły wróciły. Zmęczenie nie nauczyło jej, że naprzemienne kłusowanie, w kierunku niekoniecznie stosownym, i nagłe stawanie, wcale nie oszczędzi energii. Przeciwnie.
Postoje nie poprawiały sytuacji. Nasza cierpliwość została gdzieś w lesie. Dlatego gdzieś w połowie trasy, po obiadowym popasie, przy nieprzyzwoicie późnej godzinie na zegarku, uznałyśmy z Anetką, że do kitu ta jazda konno-rowerowa! Oba konie za mordkę w dłoń i piechotkujemy. Nagle kucykowi wróciła umiejętność poruszania się stępem po linii prostej na przód. I od tamtej pory cały pochód zaczął postępować na przód, co nas bardzo ucieszyło :D
Słońce na szczęście nie dokuczało. Aura z początku sprzyjała. Czasem wiało i wichrowało. Pogoda była chmurzasta i humorzasta. Gdy byłyśmy w Wólce Kraśniczyńskiej zaczął siąpić deszcz. Napotkany po drodze dobry człowiek gospodarz zaoferował wodę dla koni. Poradził też, żeby nie pchać się w deszcz przez polne drogi na Drewniki, bo to borowina nie ziemia, twu! Skorzystałyśmy z mądrej rady i resztę trasy przeszłyśmy asfaltem.
Złapała nas w końcu burza. Zapowiadana zresztą na wieczór. Ale gdyby ktoś nie opóźniał marszu, dawno byłybyśmy w domu... Nie przypuszczałam, że będziemy szły aż taaak długo. Coż, być może Daisy odkryła pasję do turystyki.
Przemokłyśmy zupełnie. To była słodka wisienka na torciku zmęczenia 😊. Na szczęście lało tylko przez kilka minut. Przestało padać, wyszło słońce, wdrapałyśmy się na największą chyba górę na naszym szlaku, zdążyłyśmy wyschnąć i w sumie wtedy wszystkim jakoś zrobiło się fajniej. Wrócił humor, konie znowu raźnie maszerowały. Mogłyśmy teraz iść i iść...
O godzinie 17.54 :) dotarłyśmy do celu.
W nowym domku czekali rodzice z obiadkiem (kolacją?), resztą moich maneli i moim kocurem. Kocur rozwalony na łóżku, jakby leżał tam od stworzenia świata, obdarzył mnie rozespanym, ale ciekawskim spojrzeniem:
"(Ziew) Witajcie, witajcie. (Przeciągły ziew) Co tak długo? Ile można na was czekać?"
Ten widok utwierdził mnie w przekonaniu, że teraz wszyscy jesteśmy rzeczywiście na swoim miejscu. Po prostu w domu.









Komentarze
Prześlij komentarz