Muzyka
ujęła mnie i pochłonęła. Ścieżka dźwiękowa filmu „Chłopi” jest pełna odniesień
do autentycznej, tradycyjnej polskiej muzyki wsi, tak bliskiej mojemu sercu i
nogom J, które jak słyszą, to chcą tańczyć. Podkreślam >> odniesień
<<. Wokół tego, wśród znawców kultury tradycyjnej rozgorzał spór. Zresztą
nie tylko wokół muzyki, ale i całokształtu filmu – „jaki to on
nieautentyczny!”. Jaki śmieszny, kto to widział na wsi się tak ubierać, tak
stroić i wyglądać, śpiewać, i
ło matko, kto to widział tak grać w owym regionie Polski, jeszcze na
instrumentach dętych, o zgrozo! Nie widzę w tym nic zdrożnego, gdyż nigdzie nie
jest napisane jakoby malowany film „Chłopi” miał być próbą stworzenia
historycznego dokumentu z życia XIX wiecznej wsi polskiej. Przecież to… kino.
Nikt się nie oburza, że kostiumowe fantazy to bajka. Faktycznie „Chłopi” to
eklektyczny, kolorowy obraz polskiej kultury i… jeśli taki był zamiar twórców,
to dlaczego nie? Efekt jest po prostu oszałamiający.
„Historia obejrzana” wywołała we mnie zgoła inne odczucia niż lektura książki, czytana dobrych ponad 10 lat temu w liceum. Może to ja się tak bardzo zmieniłam :) , a może opowieść w reżyserii Welchmanów kładzie nacisk na inne aspekty, które w dawnej literaturze wybrzmiewały ciszej. Mianowicie, dla mnie ten film bardziej jest opowieścią Jagny niż rodziny Borynów. Obejrzałam z uwagą historię dziewczyny zupełnie niepasującej do społeczeństwa, w jakim żyła. Która niekoniecznie widziała się w roli nic nieznaczącego dodatku do życia mężczyzny i całej wsi. Która miała własne zdanie, własne marzenia i pasje, swoje własne myśli i uczucia, o które nikt kobiet nie podejrzewał…. Jakże surowo za to ukaranej. Za co? Za wątpliwą moralność? Czy na pewno? Powinnam sobie przypomnieć lekturę „Chłopów”, żeby oceniać. Cały czas zastanawiałam się czy scenariusz filmowy zmienił fabułę stworzoną przez Reymonta i wydaje mi się, że nie. Jednak (a jednak!) jednocześnie odnoszę wrażenie, iż czytając książkę umknęło mi zupełnie, jak Jagna zostaje ukarana tylko za to, że… kochała Antka. Jakby za cichą zmowę Lipiec przeciwko niej. Nikomu we wsi nie przyszło do głowy żeby choć współwinić któregoś z mężczyzn, którzy doprowadzili do tego, co widzimy w ostatnich scenach filmu. Winna była tylko Jagna. Tylko. Zapytam raz jeszcze, czy na pewno?
Niezwykle
budująca jest ta jedna, ostatnia scena filmu. Ulewa. Zhańbiona, naga, ubłocona
Jagna wstaje. W strugach deszczu rusza przed siebie. Nadzieja. Utwór
towarzyszący tej scenie nazywa się „Katharsis”. Ten przerażający koniec
historii, zdający się śmiercią, wcale nie jest końcem. Dziewczyna wstaje.
Film ten poruszył we mnie głęboko ukryte tęsknoty za krainą, którą tak
kochałam. Kolejny raz przywołał dręczące mnie pytanie, czemu myślę o niej, jak
o czymś na zawsze utraconym, skoro nadal… żyję? Wkrótce po tym, w mojej
historii także wydarzyło się katharsis. Przez chwilę wydawało mi się, że to
koniec, nie będzie nic potem, tylko ciemność, ale wstałam i idę dalej.
I
tak o to zamieniłam Reymonta… na remont, bo teraz mieszkam we własnej, starej,
trochę dziurawej chatce, która wymagała i wymagać jeszcze długo będzie
dłubania, chlapania farbą i wiercenia. W chatce na tej cichej, czasem
sielskiej, czasem brutalnej polskiej wsi. W miejscu, które kocham. Pod słońcem,
które znowu świeci dla mnie każdego ranka :)


Komentarze
Prześlij komentarz