Wycieczkę do Parku Mużakowskiego zniweczył deszcz, zaś na Festiwal Słowian
i Wikingów - potworny okołoszczeciński korek. Impreza zdążyła się skończyć
zanim się doturlałam.
- O! - zauważył mnie zaskoczony – Cześć!
- No cześć. Żeby łatwiej było cię nad morzem spotkać niż koło Lublina, no
serio...
Proszę, góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem... w Łebie.
Następnego dnia o świcie dało się w końcu obejrzeć miasteczko, odarte z warstwy kolorowego tłumu. Plaża była cicha, a morze spokojnie kąpiące się w promieniach słońca.
Przyjechałam tu aby zobaczyć ruchome wydmy w Słowińskim Parku
Narodowym. Było to moim marzeniem od kiedy
w podstawówce dostaliśmy zadanie opisać jeden z polskich parków narodowych.
Mnie wylosował się Słowiński, a wizja pustynnego krajobrazu w Polsce zapadła mi
głęboko w pamięć.
Podjechałam więc z rana do kas Słowińskiego Parku Narodowego, rzut beretem
od Łeby… Według mnie było już strasznie późno, dopiero potem się okazało jak bardzo się
myliłam.
Cennik parkingu przyprawia o wytrzeszcz oczu. 50 zł? No trudno. Chętnego do
pobierania opłat nie było. Czaję, pobierają na wyjeździe.
Bilet wstępu do parku kosztuje śmiesznie przy cenach meleksów, dzięki którym można zaoszczędzić trochę czasu. Zdecydowanie najlepszą opcją byłby własny rower :)
Meleksiki dwa szybko zapakowały się turystami i podrzuciły ich pod jedną z
największych, najsławniejsiejszych wydmę Łącką. Łaaaał, no jak dla mnie łał. Nacieszyłam
się bezkresnym piaskiem i ruszyłam w drogę powrotną plażą. Tłumek z meleksa
gdzieś się rozmył zupełnie i mimo, że było koło 11.00, plaża była puściuteńka.
Coś pięknego!
Piasek tam jest bielutki, drobniutki i czysty, a przejrzysta woda
przy bezchmurnym niebie miała odcień głębokiego błękitu. Dopiero po godzinie
spaceru, blisko wyjścia z parku napotkałam falę ludzi zmierzającą w przeciwnym
kierunku. Las wzdłuż wybrzeża jest równie baśniowy jak plaża.
Jak ktoś powiedział: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg 5 dych daje…” ;)
Masz auto i mapę, jedziesz przed siebie.
Po drodze zatrzymaliśmy się w Karwii. Poszliśmy na plażę, bo podobno jest
ładna. Nie widziałam, bo zobaczyłam ludzką kolonię szczelnie pokrywającą piasek
i kolorowy parawanoland. Dostałam ataku śmiechu. Jeszcze potem pojawił się ten
człowiek, który krzyczy: „Go-to-wa-na ku-ku-ry-dza!!!” Mógłby go ktoś tak…
parawanem, błagam?
Jastrzębia Góra wysoka, choć mnie nie zachwyciła. Dużo schodów.
Potem na drodze stanęło nam Trójmiasto.
Gdynia mnie zawsze urzeka. Muzeum Marynarki Wojennej przypadło mi do gustu,
spojrzałam inaczej na grę w statki ;). Jakie tam są genialne modele starych
żaglowców! Misternych galeonów!
Sopot wyglądał jak z journalu o luksusowych wakacjach nad morzem. Aż strach
było patrzeć tak bezpłatnie na tak pałacopodobny hotel, który rozłożył się przy
samym piasku. Te promenady, fontanny, zdroje, ajajaj!
Gdańsk… O Gdańsku nie ma co pisać, Gdańsk trzeba zobaczyć. Ja jestem od dawna w nim zakochana, po ostatniej wizycie jeszcze bardziej podbudowana, bo moim zdaniem stare-nowe miasto kwitnie :)
Malbork jest… jakby to określić? Wielkością i wiekiem nieskromny. Trzy godziny zwiedzania z przewodnikiem to w zasadzie sprint, w porównaniu do tego co można tam obejrzeć, poczytać, podziwiać, wydziwiać…
Komentarze
Prześlij komentarz